· Czwartek, 17 Styczeń 2019 ·

Strona główna

::: ARTYKUŁY PRASOWE :::

PASJONAT KARATE

- Im się ma większą wiedzę, tym się ma więcej wartości w sobie
- mówi trenujący kyokushin Waldemar Wiszyński z Sanoka


Waldemar Wiszyński przed wejściem
na salę CKSA Moskwa Fot. Jerzy Filipiuk

          Podczas Pucharu Europy w karate kyokushin, który nie dawno odbył się w Moskwie, stoczył tylko trzy walki. Nie zdołał awansować do ćwierćfinału w kat. do 70 kg, ale swą postawą udowodnił przydatność do reprezentacji i drzemiące w nim jeszcze duże możliwości. Walczył efektownie, ładnie dla oka...
          29-letni zawodnik Sanockiego Klubu Karate Kyokushin, WALDEMAR WISZYŃSKI - bo o nim mowa - nie jest jednak w pełni zadowolony ze swojego startu. - Mam uczucie, że nie zrobiłem wszystkiego, co mogłem. To nauczka dla mnie na przyszłość. Wyznaję jednak zasadę, że każdy start w zawodach daje więcej niż dwa-trzy miesiące samodzielnego treningu. Jest to bowiem okazja nie tylko do walki, ale i poznania nowych tendencji w karate, przypomnienia technik, o których samemu się zapomniało, zobaczenia, co daje efekty w walce, co muszę poprawić w wyszkoleniu. Można podpatrzeć jak walczą inni zawodnicy, jaką stsosować wobec nich taktykę. Z każdego turnieju wywozi się pewne doświadczenia, które procentują w przygotowaniach i kolejnych startach - mówi Wiszyński.
          W pierwszej walce sanoczanin pokonał Nikołaja Bartowa (Rosja). Nasz zawodnik wykonał dużo technik obrotowych, był aktywny, walczył ofensywnie. Sędziowie nie mieli wątpliwości, kto jest lepszy. - Walczyło mi się w miarę dobrze. Techniki obrotowe stosowałem bardziej z rozwagi i intuicji - na utrzymanie dystansu - niż żeby zakończyć walkę jednym uderzeniem. Niestety, po kopnięciu na jego łokieć rozwaliłem sobie staw skokowy lewej nogi - przyznaje pan Waldemar.
          W drugim pojedynku Wiszyński wygrał z Azamatem Tajmasukowem (Rosja). Walka była zacięta, wyrównana. Podobnie było w dogrywce. Do czasu... Po kopnięciu na głowę Rosjanin zaczął się chwiać i w końcu upadł na tatami. - Doznany wcześniej uraz spowodował, że popełniłem błąd i nie kryłem nogi, co przypłaciłem dwoma solidnymi kopnięciami na udo. W czasie walki nie wykonywałem zbyt wielu technik obrotowych, dopiero w końcówce udało mi się trafić rywala. Dwa razy przestrzeliłem, za trzecim weszło. Rosjanin się przewrócił, a dopiero wstając okazało się, że stracił świadomość - wspomina Wiszyński.
          Najtrudniejsza dla sanoczanina okazała się trzeci walka, w której spotkał się z Yuki Fukui (Japonia). Przeciwnik to zawodnik najwyższej klasy - brązowy medalista mistrzostw świata w 2001 roku i wicemistrz otwartych mistrzostw Japonii w tym samym roku. Na początku pojedynku aktywniejszy był Polak, potem role się odwróciły. Wiszyński, z dużym siniakiem na nodze, zmienił pozycję (na prawo), starając się lewą nogę chować z tyłu, żeby nie była narażona na ataki rywala. Sam nie mógł nią oczywiście atakować. - Chciałem uchronić to miejsce, gdzie miałem siniaka. Japończyk może nie wiedział o tym siniaku, ale trafił w niego. Mocno to odczułem, stąd moja pasywność. Skupiłem się na obronie, żeby nie przegrać przed czasem. W końcówce walki się oszczędzałem, bo liczyłem, że dojdzie do dogrywki. Wtedy chciałbym rzucić wszystkie siły - opowiada sanoczanin. Japończyk w ćwierćfinale przegrał z póżniejszym triumfatorem tej kategorii Maksimem Bakuszinem (Rosja).
          Wiszyński pochodzi z usportowionej rodziny. Jego ojciec Adam był bokserem, który w ciągu 20 lat stoczył około 220 walk, odnosząc sukcesy na szczeblu makroregionu. Ojciec odradzał jednak synowi boks, który chciał spróbować swych sił na ringu. Pan Waldemar, mając 14 lat, za namową kolegi po raz pierwszy wybrał się na trening karate. Ojciec ani go zachęcał, ani zniechęcał. Po 2 latach zajęć młody Waldek zapomniał o boksie i zaczął bardzo poważnie traktować karate. W wieku 18 lat odniósł pierwsze poważniejsze sukcesy. Zdobył brązowy medal w MP juniorów i srebrny w MP seniorów! W finale tej drugiej imprezy przegrał w Bytomiu po dogrywce z Markiem Praskiem (Kielce). Padł na tatami... Takie były jego początki w rywalizacji na krajowej arenie.
          Raz mu się wiodło lepiej, raz gorzej. Do tej pory ma w kolekcji jeden złoty, trzy srebrne i jeden brązowy medal w MP seniorów. W ubiegłym roku w MP w pobliskim Krośnie został zdyskwalifikowany w ćwierćfinale kat. 75 kg za "wykonanie niekontrolowanego ciosu". Jako junior był trzy razy mistrzem Polski i raz brązowym medalistą MP w tej kategorii wiekowej.
          Wspomnieliśmy o ojcu sanoczanina. Karate kyokushin uprawiał także jego o 2 lata młodszy brat Artur, którego największe sukcesy to trzecie lokaty w MP juniorów w 1995 roku i MP seniorów w 1996 roku. Zawodniczo trenował on przez 4 lata, teraz często trenuje z bratem, nie mając już aspiracji sportowych. Panu Waldkowi na zajęciach pomaga też ojciec, np. trzymając tarczę.
          Żony sportowców, zwłaszcza tych uprawiających sporty walki, często unikają okazji, by oglądać swych mężów podczas zawodów. Chcą oszczędzić sobie dodatkowych stresów. Żona Wiszyńskiego - wręcz odwrotnie. Pani Ewa - z zawodu farmaceutka, pracująca ostatnio w aptece, a obecnie przebywająca na urlopie wychowawczym - bardzo przeżywa każdy start męża. Poznali się w 1993 roku, parą są od stycznia 1995 roku, a małżeństwem od półtora roku. W listopadzie ubiegłego roku urodził im się syn - Mateusz.
          - Przed narodzinami syna żona była na każdych moich zawodach. Bardzo przeżywa moje walki i czasami proszę, żeby została w domu, ale ona mówi, że poznała mnie jako karatekę i z takim człowiekiem chce żyć. Wie, że karate jest moją pasją. Wspiera mnie duchowo, pomaga przetrwać trudne chwile. Będąc w Moskwie, byłem zasypywany od niej SMS-ami. Po każdej walce przesyłałem jej swoje SMS-y. Dla niej nie jest ważne, czy wygram czy przegram, dla niej zawsze jestem wielki. A co do wyjazdów na zawody, to już mi zapowiedziała, że weźmie dziecko i pojedzie ze mną na mistrzostwa Polski do Torunia - mówi młody ojciec.
          W 2000 roku Wiszyński startował tylko w zawodach regionalnych, gdyż kończył studia, brał ślub, a jego treningowy partner Marek Ociesielski wyjechał na stałe do USA (trenuje w Chicago pod okiem Leszka Samitowskiego). Skupił się wtedy nad swoją techniką i kata. Gdy jednak oglądał - z trybun - pierwsze w historii mistrzostwa Europy w formule open, które odbyły się jesienią 2000 roku w katowickim "Spodku", i w których triumfował Sylwester Sypień (Wrocław), obudziła się w nim - jak sam przyznaje - wola walki. Znowu zaczął myśleć o startach w wielkich imprezach. W lutym 2001 roku mógł startować w Pucharze Europy w Jekaterinburgu (Rosja), ale za dużo ważył. Trzy miesiące później odniósł życiowy sukces, zdobywając w Szentes (Wegry) tytuł wicemistrza Europy. Wcześniej miejsce w reprezentacji blokowali mu głównie wielce utytułowani Leszek Zgrzebniak (Katowice) i Piotr Sawicki (Białystok). Teraz w kadrze z tego duetu pozostał tylko ten drugi...
          Z powodu narodzin syna Wiszyński nie wziął udziału w zgrupowaniu kadry w Zakopanem, ale trenował indywidualnie i miesiąc później, w grudniu, zwyciężył w Pucharze Polski w Gliwicach. - Trenując samodzielnie, człowiek skupia się na sobie samym, na tym, co się nauczył, i zapomina, że technika to nie tylko dwa-trzy kopnięcia, ale wiele innych ciosów i uderzeń - zauważa sanoczanin. W okresie startowym trenuje codziennie 1,5-2 godziny. Ponadto świczy w domu (np. rozciąganie) i biega (koło i w lesie lub na miejskim stadionie). Przez pewien czas sam był nauczycielem karate, prowadząc grupę dzieci. Doszedł jednak do wniosku, że studia, praca, treningi i grupa to za dużo naraz. Posiada I dan. - Muszę psychicznie poczuć potrzebę starania się o drugi dan - odpowiada pytany o kwetię zaliczenia egzaminu na wyższy stopień mistrzowski.
          A skoro mowa o egzaminach i nauce... Wiszyński ma licencjat Akademii Ekonomicznej, a obecnie jest na pierwszym roku uzupełniających studiów magisterskich na Politechnice Rzeszowskiej. - Zawsze w szkole lubiłem cyfry i przedmioty ścisłe. Niejednokrotnie zostawałem po lekcjach i rozwiązywałem zadania, bo nie dawało mi spokoju, że nie mogę sobie z nim poradzić. W szkole podstawowej i zawodowej nauka mi szła średnio. W technikum nabrałem chęci do zdobywania wiedzy, do tego, żeby się rozwijać - tłumaczy karateka. Dziś studiuje, może się pochwalić rozległą wiedzą. - Uważam, że im się ma większą wiedzę, tym się ma więcej wartości w sobie. Zdobywanie wiedzy mnie fascynuje. Lubię w telewizji oglądać teleturnieje, sprawdzać swoją wiedzę, ale robię to tylko dla własnej satysfakcji. Nie lubię sie popisywać swą wiedzą, to mnie paraliżuje. Dlatego nigdy nie biorę udziału w żadnych teleturniejach - mówi sanoczanin.
          Wolne chwile Wiszyński stara się poświęcać rodzinie. Być może w tym roku pojedzie z najbliższymi na Sycylię lub na Wyspy Kanaryjskie. Marzy mu się też wyprawa do Egiptu, który zachwalali teściowe, gdy byli tam w ubiegłym roku. Główny plan startowy na ten rok to udział we wrześniowych mistrzostwach Europy w Warnie. Marzy o medalu w tej imprezie, a także by w przyszłości stanąć na podium mistrzostw świata, ale... - Przystępując do każdych zawodów, czy to są mistrzostwa Europy czy mistrzostwa regionu, myślę o zwycięstwie. Chcę bowiem spełnić swą powinność. Myślę, że moją naturą jest gonienie za czymś, dążenie do czegoś. Bez wyznaczania sobie kolejnych celów i pójścią drogą zmierzającą ku jego spełnieniu czułbym straszną pustkę, czułbym się zagubiony. Czuję w sobie chęć ciągłego rozwijania się - wyznaje pan Waldemar.
          W światku karate Wiszyński ma kilka przezwisk. W Bieszczadach znają go jako "Wierę". - Dużo osób zna mnie jako właśnie "Wierę", a nie wie... jak się nazywam - śmieje się sanoczanin. W Toruniu ma ksywkę "Łasica", ale nie wie dlaczego. Inne jego pseudonimy to "Śmigło" - bo lubi stosować techniki obrotowe, i "Żyłka" - bo jest mocno "wyżyłowany".
          Na razie "Wiera" nie myśli o tym, kiedy zakończy sportową karierę. Być może - czego mu życzymy - najlepsze lata ma dopiero przed sobą...
Waldemar Wiszyński
          Data i miejsce urodzenia: 6.10.1973, Krosno. Dyscyplina: karate kyokushin. Kategoria wagowa: do 70 i 75 kg. Stopień mistrzowski: I dan. Klub: Sanocki Klub Karate Kyokushin. Trener klubowy: Henryk Orzechowski. Trener kadry: Andrzej Drewniak. Stan cywilny: żonaty (od września 2000). Najbliższa rodzina: żona Ewa (farmaceutka), syn Mateusz (3 miesiące). Członkowie rodziny - byli sportowcy: ojciec Adam (bokser), brat Artur (karateka). Przydomki: "Wiera", "Śmigło", "Żyłka", "Łasica". Łączne starty: 42 turnieje, 137 walk (111 zwycięstw - w tym 56 przez iponn - 26 porażki).
          Wykształcenie: skończony licencjat na Akademii Ekonomicznej w Krakowie (specjalizacja: rachunkowość i zarządzanie), obecnie I semestr na uzupełniajacych studiach na Politechnice Rzeszowskiej (kierunek: marketing i zarządzanie, specjalność: zarządzanie przedsiębiorstwem). Praca zawodowa: w prywatnej firmie "Buksan-Łyko" (produkcja odzieży ochronnej i roboczej).
Największe sukcesy
          Mistrzostwa Polski Juniorów
1991 Nowa Sól - brąz
1992 Krosno - złoto
1993 Koszalin - złoto
1994 Radom - złoto

          Mistrzostwa Polski Seniorów
1991 Bytom - srebro
1996 Gdańsk - brąz
1997 Koszalin - srebro
1998 Wrocław - złoto
1999 Siedlce - srebro

          Mistrzostwa Europy
2001 Szentes - srebro
Opinia trenera
          Trener naszej reprezentacji i zarazem wiceprezes Polskiego Zwiazku Karate, Andrzej Drewniak z Krakowa tak skomentował występ sanoczanina w Moskwie: - Mnie z naszej męskiej ekipy najbardziej podobał się Wiszyński. Walczy on bardzo widowiskowo, odważnie, stosując najtrudniejsze techniki. Doskonale łączy różne techniki i umiejętnie rozgrywa walkę pod względem taktycznym. Nie ma jeszcze niezbędnego doświadczenia w międzynarodowych zawodach i można go zaskoczyć. Potrzebuje więc startów. Jest człowiekiem bardzo inteligentnym i kulturalnym.

Jerzy Filipiuk

Dziennik Polski, Kraków, 21 II 2002



© 1997-2019 Polska Oraganizacja Kyokushin Karate kyokushin, europe, kyokushinkai